Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pogaduchy przy herbatce :). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pogaduchy przy herbatce :). Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 sierpnia 2012

Nic nie robić :)

Ogródkowo ;)


lobelie i aksamitki...

ostatnie kwiaty na magnolii...

Orzechy juz duze... w ostatniej chwili zdazylam zrobic nalewke :)

Moj zielnik - wersja mini-mini ;)

mam tu bazylie, rozmaryn, estragon i tymianek

"czerwona" bazylia

plantacja (tylko ;)) mięty

...i moj ukochany lubczyk :)

te brzoze wsadzilismy z D., kiedy sie poznalismy :)))

perukowiec własnie gubi "perukę" ;)

"trzeba sprawdzić, czy na moim terenie wszystko w porządku" ;)

       "Futro" z bliska ;)                                               Takie żółte, że bardziej się nie da ;)        

"Tak się ciesze, że cie widzę" :)))

uśmiecham się ;)


"co to jest, to coś?"

lubię gryźć patyki...

...robię z nich trociny ;)



moje ulubione :)

a kiedy położę się na trawie...
...to moge tak, leżeć i leżeć ;)

wtorek, 31 lipca 2012

Nic nie robić, leniuchować... :)


Każdy czasem musi naładowac akumulator.
Mój najlepiej ładuje się w ruchu - na rowerze, albo w górach.
Jednak czasem daje mi do zrozumienia, ze potrzebuje ciszy.  Dopuszczalne są jedynie ptasie trele, ale koniecznie pośród zieleni, w słoncu lub półcieniu, bez towarzystwa.

Ma byc miło, cieplo, komfortowo... Bose nogi na krzesle, poduszka pod plecki, a w zasiegu ręki pyszna kawka, książka, jakiś owoc, albo koktajl...

Albo leżak pod orzechem i kapelusz z szerokim rondem :)

A jak się robi za goraco, można wskoczyc do wody. Opcja wodna tymczasowa i dmuchana, ale co tam - najwazniejsze, ze chłodno i mokro.

Kiedy dupsko rozboli od siedzenia, nie zaszkodzi boso pochodzić po trawie, poprzeciągać się, psa wygłaskac  :)


"Nic nie robić, leniuchować
Chłodne piwko w cieniu pić
Leżeć w trawie, liczyć chmury
Gołym i wesołym być" :)


 Niestety rzadko udaje mi sie tak kompletnie NIC nie robic, bo należę do tych, co to nie potrafia na miejscu usiedzieć. Zawsze sobie znajde coś do zrobienia. To chyba jakaś wada genetyczna... ;)




cdn. :)

środa, 28 grudnia 2011

Pomidor i ogórek, to nie jest dobra para...

Nie jest tak, że wystarczy tylko jeść owoce i warzywa i nie myśleć o niczym.
Niestety, duże znaczenie ma, co z czym połączymy. Jeśli zrobimy to nieumiejętnie, zafundujemy swojemu organizmowi niezłe zamieszanie ;)

Jeśli przygotowujemy surówkę lub salatkę z warzyw bogatych w witaminę C (takich jak np. papryka, pomidory, kapusta, szpinak) i dodamy surowy ogórek, kabaczek, cukinię, arbuz, lub dynię, to skutek będzie taki, że nasz organizm wogóle tej witaminy nie dostanie... 
A to dlatego, ze ogórek (jak i cała reszta ww. warzyw) zawiera enzym, który niszczy witaminę C.
Ale jeśli do sałatki dodasz kiszone lub konserwowe ogórki, wszystko będzie w porządku.
Jest jeszcze jedna rzecz, o której trzeba pamiętać komponując sałatki. Warzywa, owoce, natkę pietruszki i koperek - bogate w witaminę C - powinno się łączyć z produktami zawierającymi żelazo.
Produkty bogate w żelazo, to mięso (zwłaszcza cielęcina), wątróbki drobiowe i cielęce, ryby, drożdże, mak, kasze, orzechy, pieczarki, fasola.

Dlaczego tak jest? Ano dlatego, że witamina C sprawia, że żelazo jest łatwiej przyswajalne przez nasz organizm (stąd pewnie zwyczaj skrapiania ryb i mięsa sokiem z cytryny).

I jeszcze jedno. Salatki i surówki powinno sie robić tuż przed podaniem, żeby zachowały jak najwięcej witamin. Z tego samego powodu, utartą marchewkę należy od razu wymieszać z niewielką ilością oleju.

czwartek, 1 grudnia 2011

Zielona herbata


Bardzo lubie roznego rodzaju herbaty, zwlaszcza zielone i biale. Jakos tak wyszlo, ze od dlugiego czasu pijamy je regularnie. Najbardziej cieszy mnie fakt, ze dzieci tez je lubia. Najpierw wciagnal sie starszy, a ostatnio zauwazylam, ze mlodszy tez coraz czesciej prosi o filizanke :) Prawie codziennie (czasem kilka razy dziennie) zaparzam wiec duzy dzbanek "zielonki".
Natomiast owocowa herbata, z roznymi sezonowymi dodatkami, jest u nas zawsze, zamiast innych napojow (sokow i gazowanych) - wypijamy hurtowe ilosci :)
Ostatnio jednak zafascynowaly mnie herbaty kwitnace.
Wszystko zaczelo sie od kilku "kulek" niespodzianek, ktore przywiezlismy z Tajwanu. Nikt nie byl w stanie powiedziec nam, jak "zakwitna", a chinskie znaki sa dla nas nieczytelne.  Czasami mozna znalezc na opakowaniach informacje w jezyku angielskim, tym razem nie bylo. Nie przejelam sie tym jakos szczegolnie mocno. Lubie niespodzianki :)
Okazalo sie, ze kulki rozwijaja sie w piekne kwiaty, zwienczone pomponikiem czegos, podobnego do koniczyny. Herbata okazala sie pyszna - lekka i delikatna. Zaraz po zaparzeniu miala kolor pistacji, a po kilku minutach stala sie bursztynowo-zolta.
Poniewaz zapasy juz nam sie koncza, od kilku dni buszuje w sklepach internetowych, w poszukiwaniu czegos szczegolnego. Nawet nie mialam pojecia, ze istnieje takie bogactwo kwitnacych herbat!
Zamowienie zlozone, teraz czekam na przesylke. Kiedy przyjdzie, podziele sie z wami kolejnym "kwiatkiem", bo nawet jesli ktos nie lubi zielonej herbaty, nie moze odmowic urody tym konkretnym herbatom :)

Obserwowanie, jak rozwijaja sie, pod wplywem goracej wody, ma w sobie cos... magicznego i terapeutycznego. Wrzucam szaro-zielona kulke, a po chwili, jak pod wplywem czarów, mam w czajniczku takie male cudo.
I ciesze sie, jak dziecko w sklepie z zabawkami :)))

wtorek, 22 listopada 2011

Oddech świąt na plecach ;)

Domek z piernika, słodki, jak sam miód, i choinki...
...mikołaje i aniołki... i pierniki z powidłami, wielkie jak koła młyńskie :)

       Poczulam dzisiaj po raz pierwszy, ze trzeba by zaczac myslec o swietach... Nie jakos konkretnie, ale chyba mozna juz zaczac planowanie. Zwykle mam taka dluuuga liste do odhaczania, ktora jako tako ogarnia przedswiateczny chaos, ale zazwyczaj to nie wystarcza...
       Co roku obiecuje sobie, ze nic mnie nie zaskoczy i w tym konkretnym roku bede przygotowana, jak nigdy. Zaczne wszystko odpowiednio wczesnie. I wysprzatam mieszkanie na wysoki polysk. Nagotuje pysznosci, napieke ciast i ciasteczek. Zrobie piernikowa chatke i choinki z piernika. I nie bede zmeczona!
Tiaaa... Marzenia scietej glowy ;)
        Dzisiaj na lodowce zawisla lista potraw, ktore planuje zrobic na swieta. Pewnie wiele razy bede  skreslac, zamieniac, dopisywac, ale po to wlasnie jest - zeby mi sie wszystko poukladalo i wykrystalizowalo :) Kilka pozycji jest absolutnie obowiazkowych (szkoda, ze nie wszystkie przepisy mam na blogu, ale moze bedzie okazja, by je tu umiescic):









niedziela, 6 listopada 2011

Leniwy weekend :)


Jak ja lubie takie dni, kiedy nic nie musze! Kiedy moge wyjsc z kieratu, zostawic wszystko, tak jak jest, zapomniec o wyrzutach sumienia...
Obiecywalam sobie taki dzien od dawna, bo do tej pory zawsze COŚ.
Nawet jesli mialam wolne, to albo odrabialam domowe zaleglosci, albo jechalam do rodzicow i... odrabialam ich zaleglosci ;)
A dzisiaj snuje sie po domu w pizamce i tylko, co jakis czas, dorabiam sobie herbatki, albo kawki... cos tam zrobie, jesli mi sie chce, albo nic nie robie, bo nie mam ochoty.
Ale generalnie spedzam dzien na zasadzie: przewrocilo sie, niech lezy ;)
Oblozona poduszkami i ksiazkami, zalegam na kanapie i rozkoszuje sie cisza w domu. Zagladam na ulubione forum i na FB. Maluje paznokcie na zwariowany kolor, slucham ukochanej muzyki, szkicuje anioły, bo juz czas je robic...
Nawet obiadu nie musze gotowac, bo wczoraj zrobilam wiecej.
Luz totalny...

A po poludniu, kiedy znudzilo mi sie nic-nie-robienie, zabralam sie za pieczenie ciastek.
W takie zimne, jesienne wieczory czesto mnie nachodzi ochota, zeby "zapachnic" dom na waniliowo, cynamonowo i czekoladowo :)
Upiekam hurtowo, owsiane, z zielona herbata i arabskie ciasteczka orzechowe.
Dzieci stwierdzily, ze powinnam otworzyc knajpke z, cyt."jedzeniem zdrowym i niezdrowym" :D
E tam... nic nie musze :)
Wystarczy, ze dla nich gotuje "zdrowo i niezdrowo" :)

wtorek, 16 sierpnia 2011

Ciasteczka Agnieszki

Parę dni temu piekłam pyszne, herbaciane ciasteczka. Byly tak dobre, ze upieklam je jeszcze raz nastepnego dnia, i kolejny, wczoraj. Brzmi, jak lekka obsesja? ;) Pewnie... upieke je jeszcze nie raz :)
Przepisem podzielilam sie z Agnieszka i pieklysmy te ciasteczka razem, chociaz oddalone od siebie o kilkaset kilometrow. Namowilam Agnieszke, zeby pokazala ciasteczka na swoim blogu, a ona zrobila mi niespodzianke, piszac tam o mnie :) Swoje ciasteczka nazwala ciasteczkami na odległość, pieknie prawda?
Od siebie dodam tylko, ze to prawda, ze polubilysmy sie od pierwszego wejrzenia. Agnieszka jest wyjatkowa, ciepla, cudowna kobieta i naprawde bardzo ja lubie.
Polecam wam jej bloga, bedziecie oczarowani. Bo ona cudownie pisze o swoim Slasku, rodzinie, kocie, codziennym zyciu, wycieczkach i filcowankach :) Okrasza to wszystko pieknymi zdjeciami, a jakby komus bylo malo, zawsze znajdzie u niej jakis przepis na cos pysznego.
Przy odrobinie szczescia mozecie zobaczyc tez plecki, rączki, czy nozki malego Mikusia :)))



piątek, 12 sierpnia 2011

Zaległe zdjecia



Czasami, z braku czasu, zdarzalo mi sie wspierac sie zdjeciami z innych blogow. W najblizszym czasie postaram sie to nadrobic. Zaczynam od pasztecikow z miesem, ktore pieklam ponownie w tym tygodniu. Tym razem udalo mi sie zrobic zdjecia. Sa juz na blogu. Pokusilam sie nawet o zrobienie mini-kursu obrazkowego. Jesli wiec jestescie ciekawe, jak te paszteciki wygladaja, zapraszam TUTAJ.
W planach mam zdjecia rosti, wiec pewnie  najblizszych dniach zdjecia pojawia sie we wlasciwym miejscu :)

poniedziałek, 14 marca 2011

...

Siedzę sobie w domu i kaszlę... To ostatnio moje główne zajęcie ;) Ale zawsze, kiedy choruję, dużo gotuję i piekę, bo lubię tak sobie krążyć między kuchnią, a sypialnią.
Taka całkiem obłożnie chora, to jednak nie jestem, więc staram się też chodzić na spacery. Dla zdrowotności :) Trzeba przecież łyknąć trochę świeżego powietrza, a ja jestem zwolenniczką wychodzenia "na świeże" (zwłaszcza, kiedy tak wiosennie za oknem). Kiszenie się w domu, jeszcze nikomu nie pomogło. Oczywiście nie zachęcam do spacerowania z gorączką ;)

W weekend popełniłam kilka fajnych dań i dwa chlebki. Niestety nie wszystko sfotografowałam, bo... mi się nie chciało :)
A'propos... Na jednym z blogów znalazłam link do artykułu, który mnie rozbawił :) Niestety artykuł jest w języku angielskim, ale jeśli ktoś sobie z tym językiem nie radzi, to od czego są te wszystkie translatory i tłumacze :)  Najwyżej będzie jeszcze zabawniej :D
Agata pisze, że to artykuł dla tych, którzy nie wiedzą, jakie to uczucie jeść zimny obiad, bo jeszcze zdjęcia nie zrobiłam ;)
Nic dodać, nic ująć.

A co do mojego pichcenia, to już wkrótce pojawi się na moim blogu dietetyczna, warzywna lazania, a w zasadzie, to lazania-widmo, bo pojawiła się i zniknęła tak szybko, że zastanawiam się, czy wogóle była...?
I jeszcze pasztet z suszonymi pomidorami, pieczoną papryka i oliwkami :) Jutro (chyba) będą fotki.
Pasztet się studzi, ja sie szykuję do pracy...
Dobrze, że moja praca, to ćwiczenia, bo jest szansa, że spalę swoją porcję lazanii... i ten kawałek, co go zeżarłam z własnego najzwyklejszego, nieposkromionego łakomstwa ;)

czwartek, 3 marca 2011

Prośba o pomoc!

Dołączam się do małej akcji pomocy zorganiowanej przez blogowiczki.
Jeśli możesz, a przede wszystkim chcesz pomóc, zrób coś dla tego człowieka :(  Cokolwiek.

Szczegóły na blogu  M jak marzenie.

piątek, 25 lutego 2011

Buły, jak kamienie i puszyste pierożki :)

Nie wiem, czy pamiętacie, jak pisałam o chlebie, który nie wyrósł? I o tym, jak go przerobiłam na bułki??? No przerobiłam, bo chciałam mu dać ostatnią szansę, której, nota bene, nie wykorzystał. Po przerobieniu na buły nadal nie miał ochoty się dźwignąć. Mimo wszystko upiekłam toto i okazało się zjadliwe, pomimo tego, że bardzo zbite. Ale skórka wyszła fajna, chrupiąca, więc sobie pomyślałam, że do końca tygodnia jakoś je "zmęczę" jedząc na śniadanie.
Wczoraj, kiedy wyszłam do pracy, mój synuś postanowił zrobić sobie kanapki. Nikogo nie ostrzegałam, że buły są jadalne tylko dla zaprawionej w bojach matki, więc sobie dziecię zrobiło kanapeczkę. Ze skutkiem wiadomym. Wracam z pracy i słyszę: Nie gniewaj się mamuś, ale to chyba najgorsze bułki, jakie kiedykolwiek upiekłaś...
Myślałam, że padnę ze śmiechu :-D A on był taki zmartwiony, że musi mi tę złą wiadomość przekazać :-D
Powiedziałam, że to z tego chleba, co mi nie wyrósł i że te bułki nie są do jedzenia. A on na to (przerażony): ale nic mi się nie stanie??? Zjadłem całą...
O rany... :-D Musze się chyba postarać o specjalny, pojemnik na nieudane wypieki - najlepiej z napisem: NIE TYKAĆ!

Za to ciasto na pierożki Sambousek do akcji Pierogarni wyrosło mi cudnie, pomimo tego, że postanowiłam zrobić je z pełnoziarnistej mąki. Wynagrodziło mi ten nieudany chleb :)
No, jeszcze może być różnie, bo jestem w trakcie "produkcji", ale zakładam optymistycznie, że wszystko mi się uda, pomimo tego, że nigdy takich pierogasów nie robiłam :)

W każdym razie, trzymanie kciuków mile widziane :)

środa, 2 lutego 2011

Chlebuś

Dzisiaj u mnie pieczenie chleba :) Tym razem będzie chlebek żytnio-orkiszowy, ale... ponieważ "rozgrzebałam" pieczenie, a w międzyczasie zadzwoniła koleżanka i... było spotkanie-emergency ;) chlebek będzie musiał wyrastać dłużej, niż zwykle.
Mam nadzieję, że się na mnie nie obrazi, bo zaraz lecę na jogę i zostawiam go na grzejniku. Upiekę, kiedy wrócę - innego wyjścia nie ma.

Kurcze... miałam zamiar PIERWSZY RAZ upiec chleb bez foremki, ale przecież go nie zostawię na parę godzin bez "ochrony". Jeszcze mi zechce pospacerować po kuchni ;)
Muszę więc kolejny raz zaufać foremkom. Zapowiada mi się nocne pieczenie, ale wcale mi to nie przeszkadza. Lubię sobie kucharzyć (i pracować) nocą. Tylko jest ryzyko, że nie będzie co fotografować jutro. Jak moje żarłoki wstaną, to będzie pozamiatane ;)

Ps. Nie mam doświadczenia w kwestii, czy zbyt długie wyrastanie szkodzi chlebowi. Wiecie coś może na ten temat...?

wtorek, 28 grudnia 2010

Lista na lodówce

Od kilku lat mam na lodówce pewną listę. To lista dań do przygotowania w najbliższym czasie. Wpadłam na ten pomysł, kiedy przeglądałam przepisy kulinarne i co chwilę zapalała się w mojej głowie żarówka (jak pomysłowemu Dobromirowi): "oooo! to mogłabym ugotować jutro", albo "trzeba by to było wypróbować", czy "zrobię to na bank, w najbliższym czasie!".
Spisałam więc te dania do zrobienia i listę przyczepiłam do lodówki.
Później skreślałam, to co już zrobiłam i dopisywałam kolejne inspiracje. Fajna rzecz, kiedy człowiek kompletnie nie mam pomysłu na obiad.
Teraz do tamtej listy dołączyła druga i... cieszę się, że mam dużą lodówkę ;)
Ta druga lista, to kolejka przepisów do wrzucenia na bloga. Teraz obejmuje już ponad 10 pozycji i wygląda na to, że wydłuża się w zastraszającym tempie...

Mikołaj przyniósł mi najnowszą książkę Nigelli Lawson "Przepisy z serca domu". Jeszcze jej dokładnie nie przejrzałam, ale już roi się w niej od kolorowych znaczników. Coś mi mówi, że lodówkowa "lista dań do przygotowania w najbliższym czasie" trochę się teraz zakurzy :)

Zapomniała bym...
Obiecałam napisać, jak było na przedświątecznych zajęciach jogi.
Upiekłam pierniki (przepis wymyślony na poczekaniu). Chciałam, żeby były mięciutkie i aromatyczne i "jakimsik sposobem" mi się to udało :) Zimne pierniki zanurzyłam do połowy w ciemnej czekoladzie. Były bossskie i pięknie wyglądały! Przepisem na pewno się podzielę w najbliższym czasie. M. przyniosła orzeszki i termos z gorącą herbata.
Wszyscy byli zachwyceni i zebrałyśmy mnóstwo pochwał i miłych słów. A co najważniejsze, myślę ze wszyscy poczuli się wyjątkowo docenieni, a na tym najbardziej nam zależało.

I nawet po małym prezenciku dostałyśmy od jednej pani :)

wtorek, 21 grudnia 2010

..."biało, biało, biało, biało, jak by tego było mało (...)"

Zima chyba zaczęła kapitulować... Szkoda, że akurat na świeta, kiedy świat z zasady powinien być zmrożony i okryty białym kocykiem :)
Szkoda podwójnie, bo w zamrażarce mam pełno warzyw, grzybów i owoców, a potrzebne mi miejsce na uszka i pierogi. A ja sobie wykoncypowałam, że skoro mróz siarczysty, to przeniosę część lodowych brył z zamrażary na balkon, włożę do jakiegoś pojemnika, opatulę czymś-tam i problem z głowy.
Teraz mam zagwozdkę. Nocą mróz siarczysty, a w dzień temperatura szybuje do plus 2-3 stopni - a na dodatek słońce przygrzewa... No i dupa :(
Czas wdrożyć plan "B", tyle że go nie mam... ;)
Choinka już ubrana, dom udekorowany - słowem wszystko prawie gotowe. Moje dzieci porozwieszały kolorowe światełka dosłownie wszędzie i mieszkanie wygląda, jak stacja benzynowa nocą... Licznik kręci sie, jak oszalały, ale przecież mamy święta, nie? :))))

Wymyśliłam, żebyśmy się wszyscy, na przedświąteczne zajęcia jogi, ubrali na czerwono. Kto ma, ten założy mikołajową czapkę. Zamierzam im popstrykac fotki.
Upiekłam pierniki, więc każdy dostanie od nas po domowym, pachnącym ciasteczku. Fajnie będzie :)

wtorek, 30 listopada 2010

Zima...

Wreszcie jest. Zima, taka jaką kocham. Śnieg padał cały dzień i całą noc. Nareszcie jest biało, i malowniczo, a nie szaro i mgliście. Od razu mi radośniej na duszy :-)
Są oczywiście skutki uboczne tego, że jest pięknie.
Ruch sparaliżowany (czego sama doświadczyłam wczoraj) i zimno (-10oC), no i od razu człowiek ma ochotę na "konkretne", sycące jedzenie - koniecznie gorące i koniecznie węglowodanowe; smażone, w panierce, albo w sosie.
A ja w takich chwilach zawsze mam ochotę na jakieś kluchy...
Moja waga szydzi sobie ze mnie, pokazując jakieś cyferki, z którymi nie mam ochoty się godzić.
Jestem odcięta od swojego samochodu (stoi w serwisie na kosmetycznym lakierowaniu), a mężowskim jeżdżę niechętnie. Po pierwsze, to automat, po drugie wielki, a po trzecie, "cudzy" samochód i śnieg po kolana jakoś mi się nie komponują.
Wczoraj podczas zajęć jogi doświadczyłam czegoś bardzo fajnego. "Położyłam" dziewczyny do relaksu, a sama usiadłam na macie z kubkiem gorącej herbaty w dłoniach, oparłam się plecami o ścianę i zrobiło mi się tak... DOBRZE.
Na parapetach świeczuszki w czerwonych świecznikach, z cd sączyła się łagodna muzyka, przez okna wpadała do sali biała poświata. Zrobiło mi się ciepło i bezpiecznie. Mogłabym tak siedzieć godzinami i tylko patrzeć na tę moją "uśpioną" salę, i słuchać muzyki...

czwartek, 25 listopada 2010

Zapragnęło mi się...

Oglądałam niedawno film "Noce w Rodhante", z R. Gere... Film cudowny, chociaż bardzo smutny... Ale nie chodzi mi teraz o ten film, tylko o jedną ze scen. Główni bohaterowie spotykają się i przeżywają namiętny romans w nadmorskim hoteliku przy plaży...
No i strasznie mi się zapragnęło takiej plaży :-) Plaży, która do złudzenia przypominała naszą, nadbałtycką... Chciałabym posiedzieć sobie gdzieś, zdala od ludzi, na wydmie. Późną wiosną, lub wczesną jesienią. W ciepłym słońcu, pod błękitnym niebem. Z bosymi stopami zanurzonymi w ciepłym piasku...
Poczułam takie straszne ssanie, tęsknotę za czymś, co jest teraz nieosiągalne...

Wiem, że to pod wpływem pierwszego w tym roku śniegu, ale to niestety nie zmniejsza ssania ;-)

niedziela, 14 listopada 2010

No to start!

Pierwszy wpis na nowym blogu...
Chcialabym tutaj zamieszczac przepisy kulinarne, mojego autorstwa, ale nie tylko. Beda to ulubione dania mojej rodziny, przepisy z dziecinstwa i wyjatkowo smakowite potrawy z calego swiata. Sa ludzie, ktorzy z podrozy przywoza sobie pamiatki. Ja przywoze przepisy i kuchenne inspiracje. I tak jest dobrze :)

Ps. W miare mozliwosci postaram sie uzupelniac zdjecia.