wtorek, 30 listopada 2010

Zima...

Wreszcie jest. Zima, taka jaką kocham. Śnieg padał cały dzień i całą noc. Nareszcie jest biało, i malowniczo, a nie szaro i mgliście. Od razu mi radośniej na duszy :-)
Są oczywiście skutki uboczne tego, że jest pięknie.
Ruch sparaliżowany (czego sama doświadczyłam wczoraj) i zimno (-10oC), no i od razu człowiek ma ochotę na "konkretne", sycące jedzenie - koniecznie gorące i koniecznie węglowodanowe; smażone, w panierce, albo w sosie.
A ja w takich chwilach zawsze mam ochotę na jakieś kluchy...
Moja waga szydzi sobie ze mnie, pokazując jakieś cyferki, z którymi nie mam ochoty się godzić.
Jestem odcięta od swojego samochodu (stoi w serwisie na kosmetycznym lakierowaniu), a mężowskim jeżdżę niechętnie. Po pierwsze, to automat, po drugie wielki, a po trzecie, "cudzy" samochód i śnieg po kolana jakoś mi się nie komponują.
Wczoraj podczas zajęć jogi doświadczyłam czegoś bardzo fajnego. "Położyłam" dziewczyny do relaksu, a sama usiadłam na macie z kubkiem gorącej herbaty w dłoniach, oparłam się plecami o ścianę i zrobiło mi się tak... DOBRZE.
Na parapetach świeczuszki w czerwonych świecznikach, z cd sączyła się łagodna muzyka, przez okna wpadała do sali biała poświata. Zrobiło mi się ciepło i bezpiecznie. Mogłabym tak siedzieć godzinami i tylko patrzeć na tę moją "uśpioną" salę, i słuchać muzyki...

3 komentarze:

  1. założysz filię w Chorzowie?
    łaaaaaadnie prooooszę

    OdpowiedzUsuń
  2. Gdybym mogła sie rozdwoic (roz... kilkukrotnić?), to chcialabym miec filie wszedzie, gdzie mam (znam) takie dobre duszyczki, jak Ty :))) Najwieksza radosc mi sprawia, kiedy moge pracowac z ludzmi, ktorych naprawde lubie :) Dobra energia, to podstawa :)

    OdpowiedzUsuń

Bardzo dziękuję za Twój komentarz :)